Krzysztof Gradziuk
Zdjęcia z kwietniowej rozmowy z perkusistą grupy RGG, Krzysztofem Gradziukiem. Rozmowa ukazała się w majowym wydaniu Magazynu JazzPress ...
Zdjęcia z kwietniowej rozmowy z perkusistą grupy RGG, Krzysztofem Gradziukiem. Rozmowa ukazała się w majowym wydaniu Magazynu JazzPress.
Tomasz Dąbrowski
W kwietniowym numerze JazzPRESSu rozmowa z Tomaszem Dąbrowskim . Polskim trębaczem i kompozytorem jazzowym. W październiku 2012 ukazała ...
W kwietniowym numerze JazzPRESSu rozmowa z Tomaszem Dąbrowskim. Polskim trębaczem i kompozytorem jazzowym. W październiku 2012 ukazała się jego debiutancka płyta “Tom Trio”, za którą otrzymał nominację do Fryderyka. Poniżej bonusik z pamiętnego spotkania.
Historia w wielkim formacie II - ciemność
W tej części słów kilka o wynikach wczorajszego pleneru. Zdecydowałem się wywoływać zdjęcia pojedyńczo, aby mieć możliwość poprawy ewe...
W tej części słów kilka o wynikach wczorajszego pleneru. Zdecydowałem
się wywoływać zdjęcia pojedyńczo, aby mieć możliwość poprawy
ewentualnych błędów przy pracy nad następną klatką. Błędy być musiały,
bo moje “laboratorium” pozostawia wiele do życzenia. Mimo to, podszedłem
do pracy z entuzjazmem.
Zacząłem od wystawienia
przegotowanej wody na parapet (pod przykryciem), aby się wystudziła, a w
tym czasie udałem się do zaciemnionej łazienki, aby wydobyć naświetlony
arkusz z kasety i umieścić go w koreksie.
Ten, będący w moim posiadaniu, nie jest przystosowany do wywoływania błon arkuszowych formatu 9×12 cm. Skorzystałem więc z metody znalezionej w internecie. Jest to tak zwana “the taco method”. Nazwa wzięła się od meksykańskiej potrawy Taco – farszu zawiniętego w tortillę. Cała rzecz polega właśnie na takim zawinięciu filmu. Emulsją do wewnątrz!
Aby utrzymać arkusz w tym kształcie posłużyłem się gumką recepturką, nie
za ciasną, nie za luźną. Niestety poległem przy obydwu próbach – film
się wyślizgnął i przykleił do ścianki koreksu – o czym dowiedziałem się
dopiero po przeprowadzeniu procesu. Przy pierwszym zdjęciu zaowocowało
to niedokładnym utrwaleniem negatywu. Przy drugim uszkodziłem lekko
emulsję próbując wydostać negatyw ze środka.
Grunt, że aparat
jest sprawny. Oba zdjęcia objawiły się na arkuszu i na dodatek, całkiem
poprawnie naświetlone, choć przy pierwszym podejściu źle obliczyłem objętość roztworu. Zaowocowało to nierównomiernym wywołaniem – z wyraźnie
zaznaczonym miejscem, w którym kończył się roztwór. Swoją drogą,
kontrast też nie powala. Poniżej wersja RAW.
![]() |
| zdjęcie nr 1. |
Jeszcze raz to samo z szybką korektą w Photoshopie.
![]() |
| zdjęcie nr 1a |
Zdjęcie numer dwa kąpało się już w należytej ilości roztworu, ale też
nie jest równomiernie wywołane. Braki w dostępie do roztworu są tu
jednak mniej regularne. Dodam od siebie, że nie jest też należycie
wykonane. Boczne światło wkradło się do obiektywu. To moja wina. Zaabsorbowany obsługą sprzętu, zapomniałem ochronić obiektyw przed padającym z ukosa światłem.
Poniżej porównanie powyższego kadru ze zdjęciem wykonanym Nikonem. Widać jak na dłoni, że Zeiss-Ikon “widzi” odrobinę szerzej.
Tyle z moich zmagań na ten weekend. Podsumowując: sprzęt spisał się znacznie lepiej ode mnie. Pozostaje praca nad techniką wykonywania zdjęć Zeissem i techniką wywoływania.
Do wywołania użyłem następujących odczynników:
- wywoływacz: Fomadon R09
- utrwalacz: Fomafix
Zdjęcie numer 1(a). Ekspozycja: 1/200 sek., f8. / Temperatura roztworów: 20 C, wywoływacz w proporcji 1:25 – czas: 6:00 minut / agitacja: 1 minuta – nieprzerwanie, następnie 20 sekund na każdą minutę, kąpiel przerywająca: woda z octem spirytusowym (1:10) – czas: 1 minuta, utrwalacz w proporcji 1:5 – czas: 3 minuty / agitacja ok 10 sekund co minutę.
Zdjęcie numer 2. Ekspozycja: 1/200 sek., f11. / Temperatura roztworów: 20 C, wywoływacz w proporcji 1:25 – czas: 6:00 minut / agitacja: 1 minuta – nieprzerwanie, następnie 20 sekund na każdą minutę, kąpiel przerywająca: woda z octem spirytusowym (1:10) – czas: 1 minuta, utrwalacz w proporcji 1:5 – czas: 3 minuty / agitacja ok. 10 sekund co minutę.
Historia w wielkim formacie II - światło
Zima powróciła, aby wydać swe ostatnie żałosne tchnienie, lecz ja nie mogłem już dłużej czekać. Sprawy przekładane w nieskończoność, n...
Zima powróciła, aby wydać swe ostatnie żałosne tchnienie, lecz ja nie mogłem już dłużej czekać. Sprawy przekładane w nieskończoność, nigdy nie doczekają się realizacji, a taki scenariusz nie wchodził w grę. 4 kwietnia 2012 roku, kiedy prezentowałem na tym blogu przedwojenny aparat Zeiss-Ikon, wyraziłem nadzieję, że nadejdzie czas, w którym będę mógł zrobić nim zdjęcia. Ten czas nadszedł dopiero dziś.
Główną przeszkodą był brak elementu widocznego na zdjęciu. Jest to wkładka na błony cięte, dzięki której film utrzymywany jest w kasecie idealnie płasko. Nie miałem jej, a jest to rzecz praktycznie niespotykana na rynku. Niemniej jednak, szczęście w końcu uśmiechnęło się do mnie.
Wskrzeszenie leciwego aparatu planowałem już w ubiegłym tygodniu, ale pogoda była naprawdę fatalna, więc dopiero dziś zebrałem towarzystwo i ruszyliśmy do lasu. Liczba zdjęć została ograniczona do dwóch, jako, że dysponuję dwiema wkładkami i dwiema kasetami, a wymiany filmu w kasecie można dokonać jedynie w całkowitej ciemności. Swoją drogą, poświęciłem jeden arkusz błony i spędziłem dwa wieczory na mozolnym treningu, najpierw przyglądając się całemu procesowi, a następnie wykonując go z zawiązanymi oczami. Dzięki temu, dzisiejsze ładowanie kaset nienaświetlonym filmem zajęło niecałe dziesięć minut, włączając w to zaklejanie szpar w drzwiach łazienki.
Zdecydowaliśmy się wykonać jedno zdjęcie quasi-krajobrazowe i jeden portret. Wszystko w środku lasu, aby odciąć się od wiatru, który mógłby rozbujać całą konstrukcję. Cały proces podejścia do wykonania fotografii – w teorii – wyglądał na skomplikowany, ale już na miejscu obyło się bez większych kłopotów.
Za światłomierz posłużyła nam współczesna lustrzanka Nikon D700 (o, ironio!). Zależało mi na tym aby pomiar był najbardziej dokładny z możliwych. Starsze światłomierze, które wcześniej brałem pod uwagę mają inną skalę czasów, aniżeli ta, którą dysponuje Zeiss-Ikon, co mogłoby wpłynąć niekorzystnie na ekspozycję. Upewniliśmy się jeszcze, że kąt widzenia obiektywu 50 mm w małobrazkowym Nikonie, jest zbliżony do kąta widzenia obiektywu 135 mm (tu: dla klatki 9×12 cm) dzięki czemu światło mierzone było w tym samym obszarze. Podkreślam jednak, że są to zdjęcia testowe. Nie wiadomo jeszcze, czy kasety są szczelne, nie wiadomo, czy migawka tego zabytku “trzyma czas”, nie wiadomo, czy miech nie puszcza światła. O tym, przyjdzie mi się dowiedzieć po wywołaniu tych klatek. Zabieram się zatem do mieszania mikstur aby, już wkrótce, zaprezentować drugą część zmagań.



















